Mamy pomysł na biznes

Artykuł o nas w "O matko! Magazyn Świadomych Rodziców" autorstwa Anny Meres

Lubię ciekawe pomysły. Uwielbiam spotykać się z kreatywnymi kobietami. A z takimi, które macierzyńskie hobby przekuwają w prosperujący biznes, zwłaszcza. Do bieżącego, a zarazem pierwszego ogólnopolskiego numeru zaprosiłam kobietę, której historia idealnie pokazuje, jak biznes prowadzony z odległości 6 tysięcy kilometrów ma szansę na odniesienie sukcesu. Poznajcie Martę Gian – pomysłodawczynię i właścicielkę marki TITOT, z którą miałam przyjemność spotkać się w murach nowego Muzeum Śląskiego w Katowicach.

OD USA PO DUBAJ

Początek prowadzenia firmy nie musi wiązać się ze schematem: małe biuro bez okna na peryferiach miasta, z księgową w tym samym pokoju i niewielkimi środkami na reklamę, za to z wielkimi pudłami tarasującymi dojście do drukarki. By założyć firmę, wystarczy dobry pomysł, wsparcie rodziny i przyjaciół (czasami również Unii Europejskiej) oraz duża doza cierpliwości. „Łatwo się mówi” – powiesz. „Inni mają lepiej” – dodasz. „Jak mam pogodzić prowadzenie firmy z rolą mamy?” – zapytasz. Już odpowiadam – zaryzykuj.

– Kiedy w mojej głowie po raz pierwszy narodził się pomysł na TITOT, był 2012 rok, a ja byłam w ciąży z drugim dzieckiem, Antosiem. Mieszkaliśmy wtedy z mężem w Stanach Zjednoczonych. To był czas, gdy wiele rzeczy dla mojej córki Lidzi kupowałam na platformie sprzedażowej Etsy. Wtedy właśnie zauważyłam, że w Polsce brakuje handmade’owych rzeczy dla dzieci – tłumaczy Marta.

Popularnością cieszyły się wówczas zakupy dokonywane w sieciówkach, a rękodzieło nie było tak rozpropagowane. 4–5 lat temu kupowanie przez Internet ubrań i akcesoriów dla dzieci – przedmiotów, które powstają na indywidualne zamówienie, na podstawie instrukcji rodzica i z wybranych przez niego materiałów – było absolutną nowością.

– W listopadzie 2012 roku dowiedzieliśmy się, że w związku z pracą Davida przeprowadzamy się do Dubaju. Pomyślałam wtedy – to dobry moment, by zacząć! Chciałam tworzyć rzeczy dla moich dzieci, a przy okazji także dla innych rodziców, którzy chętnie kupią nasze legginsy i papcie – wspomina Marta. – Rodzinnie zdecydowaliśmy, że szyciem zajmie się moja mama, która jest krawcową i przez lata prowadziła swoją pracownię w Bytomiu. Moją rolą było stworzenie strony internetowej i prowadzenie sklepu internetowego, zaś moja siostra Maria zajęła się pakowaniem zamówień i wysyłką – dopowiada. Tak oto rodzinna tradycja szycia w rodzinnym mieście mogła być kontynuowana przez kolejne pokolenie kobiet, a nowo powstająca firma TITOT była prowadzona zdalnie, aż z Dubaju.

– W promocji marki bardzo pomogła mi moja wieloletnia koleżanka, Agnieszka z bloga Wronek.pl. Dzięki jej wsparciu moje produkty szybciej ujrzały światło dzienne, za co bardzo jej dziękuję. Agnieszka sama zajmowała się szyciem legginsów dla czytelniczek bloga, ale gdy powstał TITOT, zdecydowała o przekazaniu mi tej roli – mówi Marta.

PRZYSTANEK POLSKA

1 lutego 2013 roku Marta przeprowadziła się z rodziną do Polski, na rodzinny Śląsk. Był to czas, kiedy TITOT coraz bardziej się rozwijał, więc obecność szefowej na miejscu była dla marki kluczowa.

– W ciągu dnia zajmowałam się 2,5-miesięcznym Antosiem, który zasypiał ok. godz. 19. Wówczas szłam do pracowni, gdzie przygotowywałam wykroje, wybierałam materiały i organizowałam mojej mamie oraz krawcowej pracę na kolejny dzień. Wracałam do domu około 23 na pierwsze nocne karmienie, po którym już wszyscy razem zasypialiśmy. Takie były początki mojej pracy w Polsce – wspomina z uśmiechem Marta. – Zależało mi na tym, by wybór materiałów, z których szyjemy ubranka, był bardzo duży. Chciałam, by nasze klientki miały naprawdę szeroki wachlarz możliwości. Niesamowicie budujące jest to, że TITOT miał być początkowo tylko dodatkiem, a przeistoczył się w prawdziwy biznes. Naprawdę nie spodziewałam się, że aż tyle mam pokocha nasze produkty – z radością dopowiada właścicielka firmy.

Po kilku miesiącach pobytu w kraju okazało się jednak, że Polska była dla nich tylko przystankiem. W sierpniu 2015 roku rodzinę Marty czekała kolejna przeprowadzka – powrót do Dubaju. Ale firma zaczęła prosperować o wiele lepiej, niż spodziewała się jej właścicielka. Dlatego zdecydowała o zaangażowaniu swojej siostry Marii na pełen etat i powiększeniu zespołu krawcowych.

OD PROJEKTU DO REALIZACJI

Pierwszym projektantem marki została mama Marty. Rozmiarówka powstała i rosła wraz z Lidzią, Antosiem, a później także Mikołajem – modelami rodziny TITOT.

– Pamiętam początki. Razem z mamą odrysowywałyśmy stopy moich dzieci, tworzyłyśmy kilkanaście różnych wzorów papci, próbując stworzyć idealny projekt. W końcu się udało i najlepszy moim zdaniem wariant na stałe trafił do naszej oferty. Obecnie nawet 4-latki mogą ubierać się w TITOT. Idea firmy jest taka, że rozmiarówka rośnie wraz z moimi dziećmi – wyjaśnia Marta.

Ale początek TITOT to nie tylko tworzenie projektów i akceptacja kolekcji. Choć Marta uważa, że nie należy do grona tych rozsądnych przedsiębiorców – którzy muszą obejrzeć z każdej strony tabelę w Excelu, zanim otworzą portfel (pozdrawiam mojego męża) – nie podjęła pochopnej decyzji o założeniu firmy.

– Gdyby analizą zysków i strat zajmował się mój mąż, TITOT pewnie nigdy by nie powstał, a my nie sprzedalibyśmy ani jednej pary papci – śmieje się Marta. – Chcę podkreślić, że to nie miał być biznes w pełnym tego słowa znaczeniu, a przynajmniej nie na taką skalę, jak się po czasie okazało. TITOT miał być odpowiedzią na potrzeby mam, które zamiast zamawiać ubrania i dodatki dla dzieci w USA, mogły zgłosić się do nas. Chciałam dać pracę mojej mamie, siostrze i sobie. TITOT nie miał być działalnością przynoszącą jedyny dochód mojej rodzinie. To był dodatkowy projekt, który powstał z potrzeby serca, a stał się biznesem.

Wspólnie z mężem zdecydowali, że zainwestują oszczędności w rozwój firmy. – David zaproponował wtedy, że spróbujemy i zaryzykujemy, ale jeśli się nie uda przy pierwszej inwestycji, bez żalu zakończymy działalność – opowiada Marta. Tym większe było zdziwienie obojga małżonków, gdy dostrzegli, jak wielkim zainteresowaniem zaczęły się cieszyć papcie TITOT. – Polki zapragnęły dla swoich dzieci pięknej estetyki i ciekawych akcesoriów – mówi. – TITOT naprawdę stał się ogromny! – dodaje z niedowierzaniem.

WRACAMY DO DOMU

David zdawał sobie sprawę, że firma żony ma ogromny potencjał, a obserwując, jak spełnia się marzenie Marty, uznał, że skoro jego kariera miała swoje pięć minut, to teraz nadszedł czas TITOTA. Wspólnie zdecydowali, że jeżeli marka ma się jeszcze bardziej rozwinąć, muszą na stałe zamieszkać w Polsce, by Marta mogła nadzorować firmę. Według pierwotnego planu, na początku 2016 roku z Dubaju miała wyprowadzić się Marta z dziećmi, a około Wielkanocy – David. Ale los miał dla nich zupełnie inny scenariusz. – Kiedy wróciliśmy do Dubaju po Świętach Bożego Narodzenia, okazało się, że Davida firma zamyka filię w Dubaju. Przyznam szczerze, że ucieszyliśmy się, bo dzięki temu mogliśmy przeprowadzić się do Polski całą rodziną – śmieje się Marta. – Kiedy Lidzia i Antoś byli bardzo mali i mieszkaliśmy za granicą, David dużo podróżował w związku ze swoją pracą. Nie widział pierwszych kroczków naszych dzieci, tylko te drugie. Dlatego, gdy przeprowadziliśmy się na stałe do Polski w lutym ubiegłego roku, świadomie dokonaliśmy zamiany ról. David opiekował się najmłodszym Mikołajem, a ja TITOT’em.

I choć Marta może teraz ze spokojem zająć się prowadzeniem firmy na pełny etat, instynkt matki zwycięża. – Mikołaj jest jeszcze malutki i chciałabym spędzać z nim trochę więcej czasu. Dlatego w pracy staram się uporać ze wszystkimi zadaniami jak najszybciej i pędzę do domu, do moich dzieci. Na szczęście mam świetnych pracowników i wiem, że naprawdę mogę na nich polegać. Dziękuję też wszystkim klientom – za wiarę, miłe słowa i kolejne zamówienia! Bez nich nie byłoby TITOTa. Jestem również wdzięczna całej mojej rodzinie, ich wsparcie od początku projektu jest dla mnie nieocenione.

2017

Zaledwie w ciągu roku marka TITOT, z niewielkiej bytomskiej pracowni zatrudniającej dwie krawcowe, przerodziła się w firmę, której działania wymagają 400 m. kw. powierzchni, wsparcia lokalnej szwalni i pracy zespołu liczącego 12 osób. Marka wspiera także projekty charytatywne, m.in. Fundację Kraina Mlekiem i Miłością Płynąca, dla której zaprojektowała limitowaną edycję papci dla dzieci i mam. Działaniami wizerunkowymi TITOT opiekuje się Happy Moments Studio, czyli Magda i Krzysiek Skóra.

W imieniu „oMatko!” gratuluję pięknego pomysłu i konsekwentnego realizowania marzeń. Trzymam kciuki za promocję marki na rynkach zagranicznych!

Marta